dr Henryk Hollender
Biblioteka
Politechniki Lubelskiej
Nauczyciel bibliotekarz szkolnym
brokerem informacji
Atrakcyjność sylwetki infobrokera jako alternatywy dla zawodu bibliotekarza wynika z takiego samego przesunięcia akcentów, jakie od dłuższego już czasu zdaje się nurtować całą profesję informacyjną. Chodzi o to, że infobroker jest zdobywcą informacji, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, zorientowanym na skuteczne świadczenie usług konkretnemu odbiorcy. W ten sposób odzyskujemy dla bibliotekarza element przygody, którego od dawna mu brakowało, a wyraźnie biznesowy image, z jakim infobrokerzy prezentują się publicznie, raczej pociąga młode pokolenie niż mu przeszkadza. Nie czuje się ono bowiem dostatecznie zachęcone wizją bibliotekarza w służbie publicznej, świadczącego usługi bezpłatnie i dążącego do wspomożenia grup pozbawionych przywilejów. Wizja ta nie była zresztą w Polsce odświeżana i stąd jej zużycie.
Nawet „zwykły” bibliotekarz, jeśli nie chce popadać w staroświecczyznę, powinien traktować priorytetowo swoje zadania informacyjne. Ochrona zbiorów i gromadzenie zbiorów jako tradycyjne zadania zawodu, choć nadal możliwe do nowoczesnego praktykowania, nie są dziś tak żywe i pociągające jak łowienie informacji. Bez niego nie jesteśmy w stanie ani budować naszych zasobów, ani podejmować decyzji o ich racjonalnej ochronie, wykorzystaniu i odnawianiu. Siły biblioteki nie mierzymy już ani wielkością, ani nawet jakością jej własnych kolekcji, ale zdolnością do dostarczenia potrzebującemu informacji bez względu na źródło, miejsce przechowywania, nośnik. Co więcej, pragniemy dostarczać informacji „skończonej” – nie informacji o informacji, jakiej udziela katalog czy bibliografia, ale tekstu lub obrazu zawierającego potrzebne dane, gotowe do wykorzystania w pracy lub poprawiające jakość życia.
Takich tekstów dostarczają dziś bazy danych wykorzystywane w nauce. Zawierają one coraz częściej cyfrowe odpowiedniki artykułów naukowych, czyli tekstów, których korpus tworzy „front badań naukowych” (uwaga: nie ma co go szukać w podręcznikach i wydawnictwach informacyjnych!). Zawierają też coraz częściej dane faktograficzne, takie jak spisy substancji, wzory chemiczne, wskaźniki gospodarcze, informacje finansowe – korzystając z nich, zacieramy granice pomiędzy informowaniem się a twórczością naukową. Bazy te są jednak z reguły dostępne tylko dla społeczności akademickich i osób skłonnych realizować swoje studia na terenie dużych bibliotek akademickich. Istnieją ponadto źródła, z których można korzystać tylko prowadząc grę gospodarczą – np. patentowe. Nawet dostęp do norm przemysłowych podlega rozmaitym ograniczeniom. Wiele informacji potrzebnych w różnych dziedzinach życia jest jednak dostępnych bez ograniczeń w źródłach drukowanych i internetowych – infobroker szkolny, podobnie jak „gospodarczy”, poznaje je i troszczy się o to, by posługiwać się nimi lepiej niż jego klient, co staje się coraz trudniejsze. Ponadto specyfiką informacji udzielanej w szkole może być zaspokajanie ciekawości i pomoc w przygotowaniu prac przewidzianych programem zajęć – tu oczywiście informacja ściśle naukowa nie jest potrzebna, na ogół wystarczy sprawne i krytyczne posługiwanie się wydawnictwami informacyjnymi lub bibliotecznymi serwisami wykorzystującymi ekspertyzę specjalistów dziedzinowych. Trzeba jednak założyć, że informacji „dla zaawansowanych” może w każdej chwili potrzebować nauczyciel czy pedagog szkolny i że nasz infobroker musi również obsłużyć tego wymagającego odbiorcę.
Zastanówmy się, jakie wymagania kwalifikacyjne trzeba postawić przed szkolnym infobrokerem. Jak zwykle najwięcej zależy tu od operatywności, sprawności komunikacyjnych, erudycji, swobody w posługiwaniu się komputerem i siecią. Infobroker zna i stosuje wszystkie podstawowe techniki korzystania z wyszukiwarki Gogle, wie też, że przy gruntownym poszukiwaniu jedna wyszukiwarka nie wystarczy. W naszej prezentacji pokazujemy niektóre z tych technik. Przypominamy o różnych możliwościach tkwiących w Wikipedii i zastanawiamy się przez chwilę nad ideą autorytatywnej encyklopedii redagowanej przez swoich użytkowników, a także nad nową rzeczywistością społeczną, kreowaną przez serwisy oparte na blogach i wymianie linków. Następnie proponujemy wrócić do bibliotecznych podstaw informacji, badając zawartość katalogów – najpierw światowego (WorldCat w wersji ogólnodostępnej i pełnej), następnie centralnych (ze szczególnym uwzględnieniem polskich: Nukat i KaRo). Przypominamy o istnieniu wyszukiwarki obejmującej katalogi bibliotek narodowych (The European Library). Zastanawiamy się, jak istotne jest docieranie do artykułów z czasopism i zastanawiamy się nad źródłami bibliograficznymi, prowadzącymi do zawartości czasopism polskich oraz czasopism elektronicznych, tzw. otwartego dostępu. Poinformujemy też na przykładach o zaletach bazy bibliograficzno-abstraktowej SCOPUS, dostępnej w większości ośrodków akademickich. Spróbujemy też obiektywnie spojrzeć na bogactwo istniejących stron internetowych rozmaitych wydawców i instytucji i rozważyć korzyści płynące z ich ostrożnego wykorzystywania. Zaproponujemy skupianie się, o ile to jest możliwe, na stronach dobranych i ocenionych przez specjalistę, czyli na tzw. gatewayach dziedzinowych. Nie ma polskich produktów tego typu, ale niektóre z międzynarodowych, np. brytyjski Intute, prowadzą m.in. do polskich źródeł. Wydaje się też, że działalność autentycznych specjalistów informacyjnych może przyczynić się do podniesienia świadomości twórców informacji i do wzbogacenia tworzonych w Polsce zasobów informacji.